YOU OR SOMEONE LIKE YOU. ZAPACH LOS ANGELES I TINDERA

Wszyscy jesteśmy tacy sami. Walcząc o utopijne poczucie wyjątkowości, przeciskamy się jak Trump na szczycie NATO, siłą wybijając się na przód tłumu takich samych Januszów i Grażyn, jadących codziennie tym samym tramwajem, do tej samej pracy, przez 10 takich samych lat, różniących się jedynie ilością niezrealizowanych noworocznych postanowień. Potykamy się przy tym zazwyczaj o krawężniki niespełnionych ambicji i ochlapujemy podziurawione jeansy z Zary w brudnych kałużach kompleksów.
Ale przecież poradniki coachów, mówców motywacyjnych i tych wszystkich opalonych ludzi z idealnie zrobionymi brwiami, popijających ramen śliwkowym japońskim winem, krzyczą: Zdobądź świat! Bądź jak Twój kot polujący na szpaka za szybą, nie poddawaj się! Wyjdź poza strefę komfortu i rozbij to szkło! Najwyżej potniesz sobie żyły, ale czy Łukasz Jakubiak przejmowałby się krwotokiem siedząc na fotelu Ellen DeGeneres?

I tak o to świat, tryskając optymizmem niczym instagramowicze jarający się zdjęciem ręcznika Royal Baby by Lewandowscy, odwraca uwagę od spraw odrobinę istotniejszych niż wpływ diety bezglutenowej na konsystencję kupy Klary. I co do spraw istotnych. Kilka miesięcy temu, zwabiona wizją obalenia mitu, jakoby w stolicy nie było żadnego heteroseksualnego samca, zeszłam do poziomu społecznego czyśćca i wystawiłam się na współczesnym targowisku dusz. A kiedy już założyłam Tindera, okazało się że nie jest tak źle. Koty może nie zjedzą mnie w nocy, koronkową bielizną podjara się ktoś więcej, niż licząca na podwyższenie konwersji sprzedawczyni w Etam, a te śmieci z balkonu w końcu będzie miał kto wynieść.

Entuzjazm rósł z każdym matchem, bąbelki w prosecco leciały coraz szybciej, a bateria w telefonie wołała o żarcie jak niekarmiony z tego wszystkiego kot. Poziom ekscytacji podnosił się tak wysoko, że kwestią czasu było, kiedy o niego wyrżnę tracąc wybielone ostatnio jedynki. No i tak się stało, kiedy dotarło do mnie, że to zbyt gładko idzie. Przecież faceci lajkują wszystkie kobiety. Im więcej w katalogu wyfiltrowanych twarzy i dekoltów po śledzionę, tym lepiej. Każda kolejna randka opowiadana kolegom to jak zwycięstwo w Pucharze Wójta Gminy Kobierzyce dla niespełnionego piłkarza ze Ślęży. Rekordzista skończył liczyć na 40 i miał konta za 5 różnych portalach. Chapeau bas i dożywotnie piwo od kumpli na znak szacunku, na bank.

Z Tinderem jest trochę tak, że szydera, że ONS, że tylko świry i nimfomanki. Bo kto może mieć tam konto? Milion desperatek i desperatów? Pracoholicy? Społeczni alieni? Blogerzy? Prawie każdy. Ja. Ty. Gonciarza i Trojana też widziałam. Ale ja nie o tym. I nawet nie o perfumach, jakich używają bo kto chciałby czytać po raz kolejny o One Million czy innym Sauvage, którymi pachnie 3/4 Polski.

Wiesz jak powinien reklamować się Tinder? Ty, albo ktoś taki, jak Ty. Bo jak nie Ty, to w katalogu jest jeszcze milion podobnych. Niekończąca się promocja. Bez limitów i bez wyczerpania zapasów. Lepiej niż na BP.

You or Someone Like You. Zapach Los Angeles i Tindera

To nie hasło Tindera. To perfumy, które wypuściła ostatnio mało mainstreamowa marka Etat Libre d`Orange. Zapach inspirowany Los Angeles. Miastem Aniołów i Miastem Grzechu. Moje coroczne plany wyprawy do USA rypią się jak Alfa Romeo na trasie, więc nie wiem, jak pachnie LA. A chciałabym się dowiedzieć, więc na razie mam perfumy. I wiem, że to będzie zapach tego lata.

Spacer nad brzegiem oceanu, blondyna ze zrobionymi cyckami przeżuwająco głośno Winterfresha i flakon, który patrzy. Niebieskie oko na sześciennej butelce z przezroczystym płynem. Pierwsze wrażenie zachęca, jak pełna os witryna w osiedlowej cukierni. Ale zapach zaczyna się dopiero na skórze.

Początek to mięta z dużą ilością pieprzu. Ostra, kłująca w nos i gardło. Po chwili zapach nabiera delikatności, robi się jakby przestrzennie świeży. Nie drażni, ale wybija zielenią trawy połączoną z mentolem. Wyraźne liściaste aromaty zmiękcza lekko pudrowa słodycz, która jakby walczy o atencję, ale przecież i nie ma szans na dominację. Tym bardziej, kiedy pojawia się metaliczna nuta syntetyku. Chłodna i orzeźwiająca jak niespodziewany, zimny prysznic.

Na szczęście ta przyjemna świeżość nie mija jak romans Bachledy-Curuś z Farrelem. Utrzymuje się na skórze w towarzystwie stłamszonej słodyczy, która mimo prób, na pierwszy plan nie wybiega. Efekt gumy miętowej szybko zmienia się w oceaniczną świeżość, przyjemnie krystalizującą się na skórze. Marka skrzętnie ukrywa skład, twierdząc, że na zapach nie zasługują Ci, których to interesuje. Bierzesz, albo nie. Mogę więc jedynie opierać się na swoim zmyśle węchu i wyobraźni, więc za indywidualny odbiór nie biorę odpowiedzialności. Ale na pewno nie jest to zapach, jak wiele innych. Nie ma w sobie nic wtórnego i łatwo wychwycić go z szeregu wielu bezpłciowych tegorocznych premier.

Wiem jedno – jeśli tak pachnie Los Angeles, to choćbym miała jeść tylko w domu i zrezygnować z Netflixa, to wytrzymam. Dla paru momentów, których namiastkę mam w patrzącym na mnie z szafy flakonie. Dla dzikich noclegów na prywatnej plaży, z której szybko by mnie przegonili. Dla wiatru zsuwającego ramiączko za krótkiej sukienki. Dla koczowania pod domem George`a Clooneya w tej za krókiej sukience. I dla drinka, na którego w końcu by mnie zaprosił. Bez Tindera. A na razie lecę do Mediolanu sprawdzić, jak pachnie miasto mody i czy Donatella rzeczywiście zaczyna dzień od kokainy.

Oznaczone , , , , ,
Close